sobota, 14 października 2017

Sekretne życie drzew



PETER WOHLLEBEN: SEKRETNE ŻYCIE DRZEW (wyd. Otwarte, Kraków 2016)

W „Pieśni lodu i ognia” Geroge’a R. R. Martina drzewo odgrywa niezmiernie ważną rolę. Zwłaszcza dla ludzi z Północy. W polskich wierzbach na rozstajach dróg siedziały czarty i biesy, a obok swoje obrzędy odprawiały szeptuchy. W „Magicznym drzewie” A. Maleszki przedmioty wykonane z powalonego burzą drzewa mają magiczną moc, a w „Krzesiwie” H. Ch. Andersena żołnierz w starym drzewie odnajduje skarby,  które zmienią jego życie.

„Sekretne życie drzew” Petera Wohllebena nie ma niczego z baśni, ani mitów. Autor pisze o drzewach – o istotach biologicznych, istotach społecznych, rodzinnych, czasem o outsiderach. O organizmach, które człowieka prześcigają w podstawowej  rzeczy: w długowieczności (o ile pozwolimy drzewom żyć tyle, ile mogą).

Peter Wohlleben jest niemieckim leśnikiem, który lasu nie traktuje jak swoje gospodarstwo, z którego można czerpać korzyści, ale w stylu iście pogańskim: z szacunkiem, zrozumieniem i czcią. Jako równoprawnych mieszkańców Ziemi, którzy mają uczucia, odczuwają ból, komunikują się ze sobą i troszczą się o siebie nawzajem.

Ktoś może sobie pomyśleć: „No tak, bajdurzenia kolejnego nawiedzonego ekologa”, ale w tym przypadku tak nie jest. Autor książki opisuje swoje obserwacje oraz podaje dane oparte na faktach naukowych, które w dużej mierze są znane każdemu, kto chociaż trochę interesuje się biologią.

Maja Popielarska książkę poleca tymi słowami: „Książka ta powinna znaleźć się na półce każdego, komu zależy na zrozumieniu przyrody i na jej losie, kto ma zielone serce”. Od siebie dodam, że ta książka powinna znaleźć się na półkach w gabinetach wszystkich polskich polityków, zwłaszcza w Ministerstwie Środowiska. U Adama Wajraka książka wzbudziła wzruszenie. We mnie również, ale także tęsknotę za spacerami po lesie oraz przyniosła zrozumienie własnych stanów emocjonalnych, które pojawiają się za każdym razem, gdy widzę wycinane drzewa (i nie jest to stan dla mnie nowy). 

Dzięki „Sekretnemu życiu drzew” patrzę na te wielkie rośliny tak, jak się patrzy na każdy żywy organizm, zwłaszcza w sytuacjach, gdy są traktowane przedmiotowo i wyłącznie użytkowo, na chwałę człowieka. Już wiem jaką niewygodę odczuwają drzewa, które rosną w centrach miast ze zduszonymi korzeniami: „Sam fakt sztucznego sadzenia drzewek pociąga za sobą skutki na całe życie. Bo żeby w ogóle móc przenieść drzewka ze szkółki na ostateczne stanowisko, trzeba najpierw całe lata je do tego przygotowywać. Każdej jesieni korzenie na grządkach są przycinane, by pozostały zwarte i w przyszłości można je było łatwo wykopać. Średnica bryły, która dla trzymetrowej wysokości drzewka wynosi około sześciu metrów, zostaje w ten sposób zredukowana do pięćdziesięciu centymetrów. Koronę również się silnie przycina, by nie zginęła z pragnienia przy tak okrojonych korzeniach. Te zabiegi nie mają służyć zdrowiu drzewka, lecz jedynie wygodzie użytkowania. Przy skracaniu korzeni odcina się niestety razem z ich wrażliwymi koniuszkami przypominające umysł struktury – aua! Drzewo jak gdyby traci orientację, nie potrafi pod ziemią rosnąć w głąb i wykształca płaski „talerz” korzeniowy. Wodę i składniki odżywcze może w ten sposób pozyskiwać w bardzo ograniczonym stopniu”. 

Miejskie drzewa to leśne dzieci ulicy. Dlaczego? Zachęcam do przeczytania tej książki i obdarowywania nią każdego, kto jeszcze książki nie ma. A dla zainteresowanych zwierzętami polecam drugą książkę tego samego autora pt. „Duchowe życie zwierząt”.

wtorek, 19 września 2017

Michel Piquemal: Bajki filozoficzne. Opowieści mędrca Sofiosa



Michel Piquemal: Bajki filozoficzne. Opowieści mędrca Sofiosa; wyd. Muchomor, Warszawa 2016.

Sofios jest autorską postacią stworzoną przez Michela Piquemala, twórcę znanego z serii pt. „Bajki filozoficzne”.

Autor, w konwencji przypowieści i bajek, opowiada o świecie i o ludziach. Wykłada filozofię, w której nie ma nazwisk i dat. Uczy myślenia, skłania do zadawania pytań, prowadzi przez dylematy moralne nurtujące ludzi od zawsze.

W odróżnieniu od pozostałych książek pisarza, w „Opowieściach mędrca Sofiosa”, nie ma pracowni filozofa. Każdy musi sam odkryć wszystkie warstwy tych bajek, tym razem Piquemal w niczym nie pomaga.

Zaletą tej lektury jest to, że można jej używać jak podręcznika na lekcjach etyki i podczas dociekań filozoficznych. Wystarczy przeczytać bajkę, poprosić uczniów o pytania do niej, a potem wspólnie z nimi prowadzić rozmowę. Nauczyciel staje się Sofiosem dla swoich wychowanków – wprowadza ich na ścieżkę filozofii, z której potem bardzo trudno się schodzi.

Obok poprzedniego tomu „Bajek filozoficznych” pt. „Jak żyć na Ziemi?”, tę książkę lubię najbardziej ze wszystkich lektur Michela Piquemala.

piątek, 1 września 2017

Kot Karima



Prawie po wakacjach. Trzeba zabrać się do pracy, także w prowadzeniu bloga. 

Na początek nowego roku szkolnego polecam jedną z kilku książek dla dzieci poruszających temat uchodźców, które przeczytałam podczas wakacji.

Liliana Bardijewska: Kot Karima i obrazki; wyd. Literatura, Łódź 2016.

„Daj głupiemu tysiąc rozumów, a on będzie wolał swój własny”. Tak powiedziała babcia Karima, kilkuletniego chłopca, który wspólnie z nią, swoją mamą i kotem uciekli przed wojną w Syrii.
Karim jest bohaterem książki Liliany Bardijewskiej pt. „Kot Karima i obrazki”, bohaterem opowiadanym przez niebieskiego kota abisyńskiego, Bissa (biss – po syryjsku kot). Biss, który wspólnie z Karimem, jego mamą i jego babcią po tułaczce trafia do nowego miejsca na Ziemi, które znajduje się w jakimś miasteczku w Polsce. Biss w nowym domu zaprzyjaźnia się z innymi zwierzakami: z syryjskim chomikiem, który nigdy nie był w Syrii, myszem Akyszem i z muchą Kluchą. Biss objaśniając obrazki namalowane przez Karima opowiada o tym, czym jest wojna i czym jest ucieczka przed nią w nieznane, gdzieś, gdzie nie będą bomby leciały na głowę.

Narracja tej niewielkiej książeczki dla dzieci, ale także dla dorosłych, przebiega dwoma torami: jeden dzieje się w teraźniejszości i związany jest z zawieraniem nowych znajomości i z asymilacją w nowym środowisku, a drugi tor odnosi się do przeszłości, w której wciąż się szło, jechało lub czekało, w której uciekało się przed wojną, jednocześnie spotykając się z przemytnikami, ze złodziejami, którzy nie mają skrupułów, aby okraść ludzi, których cały życiowy dobytek mieści się w podręcznej walizce oraz z tym, którzy w różny sposób pomagali – dając kawałek chleba i trochę wody, ratując przed śmiercią w porzuconej ciężarówce-chłodni.

Kot Karima i obrazki” jest jedną z kilku książek, które ostatnio ukazały się na polskim rynku wydawniczym i które wpisują się w dyskusję na temat uchodźców. Pięknie ilustrowana, mądra, pozbawiona sentymentalizmu i nadmiernego optymizmu. Historia Karima zakończyła się dobrze, oni znaleźli swój nowy dom i zostali zaakceptowani przez otoczenie (co również nie było takie oczywiste), ale ile jest opowieści, w których brakuje happy endu? Których nikt nie opowie, bo nie ma kto tego zrobić?

„Nie bądź zbyt słodki, bo cię zjedzą. Nie bądź zbyt gorzki, bo cię wyplują” – babcia Karima. Polecam.

czwartek, 8 czerwca 2017

SIMONA KOSSAK: SAGA PUSZCZY BIAŁOWIESKIEJ; WYD. MARGINESY, WARSZAWA 2016



Chciałam książkę Simony Kossak „Saga Puszczy Białowieskiej” przeczytać w czerwcu (zeszłego roku). Wakacje minęły, przyszła jesień, przyszła zima, a ja przeczytałam zaledwie jeden rozdział. W końcu mi się udało zasiąść do lektury tuż przed końcem 2016 roku. I zrobiłam to z wielką przyjemnością. Książka jest bardzo na czasie. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w tej recenzji.

Puszcza Białowieska to takie miejsce w Polsce, z którego możemy być dumni. Z dwóch powodów: po pierwsze, gdyż zachowuje ona jeszcze ostatni naturalny las na niżu europejskim, a po drugie – ze względu na ostatnie siedlisko na świecie, w którym żyją żubry uchronione w latach trzydziestych XX wieku od zagłady. Poza tym, w Puszczy znajduje się najstarszy polski park narodowy. O tych rzeczach wie prawie każdy Polak, co najmniej od szkoły podstawowej.

To wszystko jest prawdą, ale niestety częściową. W polskiej części Puszczy Białowieskiej park narodowy zajmuje ok. 20% powierzchni lasu. Po białoruskiej stronie Puszczy jest to 100%!
Żubry w Puszczy oczywiście są, sama widziałam trójkę zwierzaków pasących się w paśniku na skraju lasu, ale to, że dzisiaj żubry są naszą chlubą niestety nie jest wyłącznie zasługą Polaków. Gdyby w latach trzydziestych XX wieku nie zawiązał się Międzynarodowy Komitet Ochrony Żubrów, w którym Polski nie było, to być może sprawa tych ogromnych zwierząt przypominałaby dzieje tura – byłaby przeszłością.

Puszcza Białowieska jest lasem naturalnym, ale w tej chwili tylko w rezerwatach wchodzących w skład tych 20% lasu objętych ochroną.  Los Puszczy, mimo tego, że znajduje się ona             na liście światowego dziedzictwa UNESCO, wisi cały czas na włosku trzymanym przez decydentów w Polsce. W 2016 roku podjęto kolejne decyzje o wycince lasu. Jednym z argumentów przemawiających za tym, ze strony ministra środowiska Jana Szyszki, jest inwazja kornika drukarza, która zagraża całemu lasowi. Cóż, ten argument był już przywoływany w latach pięćdziesiątych XX wieku, aby ciąć puszczę.

Gdy piszę ten tekst, w sieci pojawiła się kolejna petycja w sprawie ochrony Puszczy oraz przeciwko zabijaniu w celach komercyjnych żubrów. Nadzieja, która pojawiła się pod koniec książki, znowu znika. 

Książka ma określoną strukturę. Każdy rozdział rozpoczyna się fabularną opowieścią o puszczy, wyróżnioną zieloną czcionką, aby po kilku stronach, historia opowiedziana na początku uzyskała uzasadnienie faktograficzne.

Każdy fragment książki czyta się znakomicie. Część fabularna przenosi nas w świat wyobraźni, który rodzi się w naszych umysłach wraz z każdym przeczytanym zdaniem. Niestety, zazwyczaj to są historie ociekające krwią, bo dzieje Puszczy Białowieskiej, to przede wszystkim saga o jej znikaniu, saga o rozłożonym w czasie morderczym instynkcie człowieka, który prowadzi na rzeź setki gatunków innych zwierząt, a także roślin. Niestety ten sam instynkt odpowiada za to, że Puszcza Białowieska dotrwała do XXI wieku. Największą w tym zasługę mają rosyjscy carowie, którzy ten leśny obszar traktowali jako swoją własność prywatną, przez co podlegał on szczególnie restrykcyjnej ochronie przed użytkowaniem go przez miejscową ludność.

W rozdziale pt. „U progu trzeciego tysiąclecia” Simona Kossak pisze: Rok 1950. Zgrzytają piły. Rok 1956. Zgrzytają piły. Rok 1957  i kolejne lata… - zgrzytają lub warczą piły. I tak jest, aż do  1998 roku, gdy to obecny minister środowiska Jan Szyszko chciał Puszczę Białowieską w całości objąć ochroną narodową. Co takiego się stało, że w 2016 roku, ten sam profesor zmienił zdanie?

Simona Kossak zmarła w 2007 roku. Nie będzie patrzyła na to, jak jej ukochane miejsce na Ziemi ulega dalszej dewastacji. „Saga Puszczy Białowieskiej” to jej głos w obronie ostatniego naturalnego lasu, którego ciągłość trwa od ponad siedmiu tysięcy lat. Jeżeli nie jest on słyszalny dla decydentów i broniących swoich interesów mieszkańców okolic Puszczy, niech chociaż będzie słyszalny dzięki czytelnikom, którzy sięgną po tę książkę.

Simona Kossak fascynująco pisze o zwierzętach zamieszkujących ten najstarszy las w Europie, m. in. o żubrach, bobrach, turach, cietrzewiach czy jeleniach i łosiach. Ale wspomina również ludzi, którzy pierwotnie należeli do Puszczy, m. in. Jaćwingowie. W lekturze jest zawarty kawał historii związanej z tym miejscem.

Polecam tę książkę, nie tylko ze względu na zawartość tekstową, ale także na zdjęcia, na których Simona chodzi ze stadem saren, przytula się do rysia lub karmi mlekiem ze szklanych butelek po Pepsi-Coli dwa łoszaki. Pozycja, która pozwala zrozumieć to, co teraz dzieje się wokół Puszczy Białowieskiej.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

24. 04. Dzień Zwierząt Laboratoryjnych




Szowinizm gatunkowy należy do tej samej kategorii, do której zaliczana jest  dyskryminacja ze względu na płeć czy kolor skóry. Jego „wartość” opiera się na tych samych egoizmach, co rasizm czy ageizm. Jestem lepszy/lepsza bo… należę do płci męskiej/żeńskiej, mam dwadzieścia lat,  mam oczy koloru niebieskiego, moja skóra jest biała itd. Pojęcie szowinizmu gatunkowego odnosi się do tego, że ludzie uważają siebie za coś stojącego wyżej ponad wszelkimi organizmami, które zamieszkują Ziemię. Należy przypuszczać, że w naszych marzeniach o odkryciu życia na innych planetach szowinizm gatunkowy szybko zwyciężyłby wszelką otwartość wobec innych istot.

Szowinizm gatunkowy prowadzi  do tego, iż ludzie traktują siebie jako władców na Ziemi, którym całe stworzenie jest podporządkowane, a inne życie zawsze będzie służyło celom i interesom ludzi. Wszystko, cokolwiek człowiek robi na naszej planecie jest związane przede wszystkim z jego dążeniami do zagwarantowania ludziom jak najlepszego życia.

Nie ma w tym nic złego, o ile ten interes nie przykłada się do zwiększenia sumy cierpienia tych organizmów, które wprawdzie nie są gatunkiem należącym do homo sapiens, ale podobnie jak człowiek rozumny odczuwają ból i mają równie skomplikowaną sieć neuronalną. Zasadą, którą przyjmują wszelkie etyki, jest działanie, które nie niesie szkód i krzywd innym, ale odnosi się ona wyłącznie do jednego gatunku, traktując inne gatunki, jako środek do celu, którym jest wieczna szczęśliwość człowieka.

Ludzie wykorzystują zwierzęta w różnych celach: do jedzenia, do ubierania, do transportu, do rozrywki, jako modele organizmu człowieka, na których można testować produkty, które poprawiają ludzką jakość życia.

Współcześnie cierpienie zwierząt osiągnęło niebywałą skalę. Ludziom wydaje się, że ich życie jest coraz lepsze, coraz bardziej higieniczne, coraz zdrowsze, tylko większość nie ma pojęcia lub nie chce nic na ten temat wiedzieć, że aby ludziom żyło się lepiej, ktoś inny musi ponieść wiele ofiar w interesie jednego gatunku.

Szczególnie okrutnym miejscem, w którym żadne zwierzę, a tym bardziej żaden człowiek, zwłaszcza po doświadczeniach obozów koncentracyjnych z II wojny światowej, nie chciałoby się znaleźć, są laboratoria naukowe, medyczne, farmaceutyczne, kosmetyczne itp., w których testuje się kolejne produkty na zwierzętach. Produkty, które uważane są za  kroki milowe w coraz wyższej jakości życia, wyłącznie jednego, bardzo egoistycznie nastawionego zwierzęcia. Laboratoria są tym straszniejsze, że są to ściśle chronione miejsca, do których nie powołane osoby nie mają wstępu. Miejsca, z których zwierzęta nie mają szansy ucieczki, w których metodologia naukowa prowadzi do tego, że wyłączane są emocje, a działa wyłącznie intelektualna potrzeba racjonalności i poznania. Zwierzęta w laboratoriach są skazane na cierpienie. Wywołuje się u nich choroby, zostawia rozdrapane rany, obserwuje się ich stopień cierpienia, potęgowany ilością badanych produktów. A wszystko to się robi wyłącznie dlatego, że zwierzęta mimo stawiania ich na niższej pozycji od człowieka, jednocześnie traktuje się jako na tyle podobne organizmy, że nie ma lepszych modeli od zwierząt dla chorób człowieka. 

Doświadczenia na zwierzętach stawiają naukowców i wszystkich ludzi, którzy czerpią z osiągnięć naukowych, wobec problemów etycznych. Niby wśród wszystkich wykorzystywanych przez człowieka zwierząt te doświadczalne stanowią zaledwie 0,2% wszystkich wykorzystywanych zwierząt (dane z 2008 roku), to jednak problem etyczny tych eksperymentów stanowi ogromne wyzwanie.

Rychard D. Ryder tak pisze: „Jeśli zwierzęta nienależące do gatunku ludzkiego wystarczająco przypominają człowieka, by można je było użyć, jako modeli do badań, znaczy to, że są wystarczająco podobne, by przyznać im podobny [do ludzi] status moralny”.

Jak odnieść powyższe zdanie do wiwisekcji, która jest przeprowadzaniem doświadczeń na żywych zwierzętach? Czy ich status moralny, wobec korzyści, które ewentualnie zostaną osiągnięte, można zawiesić?

Aby produkt mógł wejść na rynek trzeba go poddać badaniom na żywych organizmach. Wiwisekcja musi odbywać się przy pełnym udziale świadomości zwierząt. Na zwierzętach bada się techniki chirurgiczne i prowadzi się badania behawioralne; bada się leki, szczepionki, urządzenia medyczne, metody diagnostyczne, terapeutyczne i zapobiegawcze (niektóre dotyczą samych zwierząt, ale to tylko mała część badań); bada się substancje, z którymi  stykają się zwierzęta, ludzie i które oddziałują na środowisko. Aby wyniki były jak najbardziej wiarygodne, testom poddawane są zwierzęta, które są najbardziej spokrewnione z człowiekiem, czyli kręgowce, w tym prawie wyłącznie ssaki. Poza tym badane są kosmetyki, środki czystości, ale także używki i produkty spożywcze.

Do najbardziej znanych i rozpowszechnionych technik badawczych należą dwa testy: testy Draize’a i test LD-50. Testy Draize’a  - test skóry i test oczu – swoją nazwę wzięły od wynalazcy tych eksperymentów, Johna Draize’a. Są one dość popularne w tysiącach laboratoriów na świecie (mimo prawnych ograniczeń w jednych państwach, praktykuje si ę przenoszenie laboratoriów do państw, które nie mają rygorystycznego prawa w zakresie dobrostanu zwierząt).

Test oczu polega na tym, że zwierzęciu, najczęściej królikowi, wkrapla się do jednego oka sprawdzaną substancję. Drugie oko pozostaje próbą kontrolną, do czasu, aż zwierzę całkowicie  oślepnie. Oko zostaje wydłubane i poddane badaniom . Aby zaoszczędzić pieniądze, zdrowe oko także zostaje wykorzystane do kolejnych doświadczeń.

W teście skóry, goli się zwierzę, po czym na ogoloną skórę kilkakrotnie nakleja się i odlepia plaster, aby rana była jak najbardziej zaogniona. Przez dziesięć dni króliki poddawane są obserwacji, podobnie jak ich rana.

Test LD-50 (skrót od Lethal Dose 50% - Zabójcza Dawka 50%) przeprowadzany jest, gdy na rynek chce się wprowadzić lek lub inny produkt konsumpcyjny. W teście tym najczęściej wykorzystuje się gryzonie i psy rasy Beagle. Do żołądka zwierzęcia wpycha się maksymalną dawkę produktu, aby przy kolejnych podaniach stopniowo ją zmniejszać. W jednym badaniu bierze udział kilkadziesiąt zwierząt. Jeżeli 50% poddawanych testom zwierząt przetrwa, wtedy to staje się wskazaniem do wejścia produktu na rynek dla ludzi.

Milly Schӓr-Manzoli i Max Keller określają proceder wiwisekcyjny jako Holokaust zwierząt. Nie bez powodu przyrównują eksperymenty na zwierzętach do tego, co robiono Żydom i innym nacjom w czasie II wojny światowej. Niestety zwierzęta póki co nie przemówią do nas głosem, który zostałby zrozumiany, całą walkę o prawa zwierząt należy złożyć na ręce ludzi, którzy dostrzegają podmiotowość innych współmieszkańców Ziemi. 

Czy coś usprawiedliwia doświadczenia na zwierzętach? Najczęściej uzasadnia się je celami, które powiększają wiedzę i poznanie ludzi. Świętość wiedzy daleko wykracza ponad ból i cierpienie zwierząt.  Największą wartością dla człowieka jest postęp, głównie w obszarze medycyny. Gdyby nie było tych eksperymentów, konsekwencje dla zdrowia i długości życia człowieka byłyby o wiele wyższe niż są dzisiaj.

Drugim podnoszonym argumentem są korzyści, które zyskuje człowiek dzięki tym testom. W wielu dziedzinach, nie tylko w medycynie. Współczesne prawodawstwo, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, ciągle zaostrza przepisy pozwalające na testy na zwierzętach. Wydawało się, że z laboratoriów zniknęły, np. małpy człekokształtne, których pula genetyczna pokrywa się z ok. 99% genów człowieka. Dzięki obserwacjom szympansów przez Jane Goodall w ich naturalnym środowisku, zyskaliśmy troszkę pokory wobec tych najbliższych nam zwierząt, ale nadal nie dostrzega się tego, że mniej bliskie w sensie genetycznym zwierzęta tak samo cierpią i odczuwają ból jak ludzie. Niestety praktyki ostatnich lat wskazują, że nacisk firm farmaceutycznych na to, aby całkowicie nie eliminować naczelnych z laboratoriów, jest nadal ogromny, zwłaszcza w obszarze leków, które eliminowałyby schorzenia neurodegeneracyjne.

Czy zwierzęta cierpią? Jest to pytanie, na które dzisiaj nie powinno być wątpiących odpowiedzi, a jednak nadal staramy się to cierpienie innych gatunków wyeliminować z naszej, ludzkiej świadomości. Zamykamy zwierzęta w pomieszczeniach, do których dostęp mają tylko nieliczne osoby. Pamiętam ze studiów biologicznych, że na wydziale istniały całe korytarze, do których wchodzili wyłącznie doktoranci i profesorowie. Na nich mieściły się drzwi prowadzące do pomieszczeń pełnych zwierząt stłoczonych w klatkach, na których naukowcy prowadzili swoje badania.

W dziewiętnastym wieku, w Wielkiej Brytanii, powstała zasada trzech R. Swój status proceduralny zyskała w latach 60-tych XX wieku. Replacement (zasada zastąpienia żywych, świadomych wyższych zwierząt, na materiał pozbawiony świadomości, np. hodowle tkankowe), reduction (ograniczenie liczby zwierząt wykorzystywanych do uzyskania informacji o określonej ilości i dokładności), refinement (zasada doskonalenia procedur, w których trzeba koniecznie wykorzystać zwierzęta, ale tak, aby te procedury były jak najbardziej humanitarne). Zasada trzech R stała się w 1986 roku podstawą dla prawa brytyjskiego i unijnego.

W życiu codziennym możemy zminimalizować cierpienie zwierząt, nie tylko stosując dietę bezmięsną, ale także dobierając produkty, z których korzystamy. Warto przyglądać się kosmetykom czy środkom czystości pod kątem ich zawartości oraz rodzaju testów, na których je sprawdzano. Etyka stosowana nie powinna wyłącznie odnosić się do ludzi, ale również do zwierząt, które bardziej zasługują na monumentalne pomniki, niż niezamierzeni bohaterowie.

Korzystałam z następujących lektur: Ben Mepham: Bioetyka. Wprowadzenie dla studentów nauk biologicznych; wyd. PWN, Warszawa 2008. Milly Schӓr-Manzoli i Max Keller: Holokaust  wiwisekcja dzisiaj; wyd. Vega!POL, Opole. Zeszyty Praw zwierząt nr 1: Wirus antropocentryzmu; wyd. Viva! Akcja dla zwierząt. Etyka 18, 1980: Richard D. Ryder: Szowinizm gatunkowy, czyli etyka wiwisekcji.