sobota, 10 grudnia 2016

Umieranie

Przeczytałam książkę Katarzyny Boni pt. Ganbare! Warsztaty umierania (wyd. Agora, Warszawa 2016) o trzech katastrofach, które dotknęły Japonię w 2011 roku: trzęsienie ziemi, tsunami i zniszczenie elektrowni atomowej w Fukushimie.

Przejmujący reportaż, który opowiada historię ludzi, którzy żyją w kraju o jednym z najwyższych współczynników rozwoju. Polaków tsunami nie dotknie. Trzęsienia ziemi, które w Polsce zdarzają się rzadko, nie powodują zniszczeń. Awaria elektrowni jądrowej może nas spotkać, bo w Europie takowe elektrownie funkcjonują. Poza tym naszym doświadczeniem był wybuch reaktora jądrowego w Czarnobylu.

Rozdział opowiadający o skutkach awarii w Fukushimie zrobił na mnie największe wrażenie. 

Książka kończy się tytułowym warsztatem umierania prowadzonym przez mnicha buddyjskiego lub szintoistycznego. Zainspirował mnie, aby taki warsztat przeprowadzić na etyce. Oczywiście zmieniając tekst i dostosowując go do wieku oraz doświadczenia dzieci.

Po co? Dlatego, że uważam iż o śmierci i chorobach trzeba z dziećmi rozmawiać. Aby dzieciaki mogły poczuć czym jest śmierć, choroba, odchodzenie.

Dzieci mają doświadczenia ze śmiercią, z umieraniem: odchodzą bliskie osoby, umierają ukochane zwierzęta. Potrafią o tym rozmawiać i nie wstydzą się okazywać emocji.

W projekcie nowej podstawy programowej do wychowania do życia w rodzinie znajduje się taki oto punkt: "29. Towarzyszenie osobom umierającym i rodzinie przeżywającej żałobę". Wśród proponowanych lektur do języka polskiego znalazła się książka E.-E. Schmitta "Oskar i pani Róża", o chłopcu, który jest chory na raka. 

Ucząc etyki i WdŻwR uważam, że temat jest ważny. O umieraniu i o śmierci mówili wielcy filozofowie. Sama filozofia przygotowuje nas na śmierć.

Warsztat
 
Warsztat ten dzieciom pokazuje, co dla nich naprawdę jest ważne, z czego mogliby zrezygnować, gdyby znalazły się w skrajnej sytuacji. Aby przygotować się do zajęć trzeba mieć dla każdego dziecka dwadzieścia karteczek: pięć białych, pięć niebieskich, pięć czerwonych i pięć żółtych.

Na początku mówimy: Na białych kartkach zapisz rzecz, z którymi nie potrafisz się rozstać. Na niebieskich zapisz miejsca, które wiążą się z dobrymi wspomnieniami. Na czerwonych kartkach zapisz rzeczy, które lubisz robić. Na żółtych kartkach zapisz imiona ludzi i zwierząt, którzy w twoim życiu znaczą najwięcej.

Gdy dzieci to zrobią, prosimy je, aby położyły kartki przed sobą, usiadły wygodnie, zamknęły oczy i słuchały tekstu.



Jest ciepły wiosenny dzień. Kwitną magnolie. Wracasz ze szkoły na rowerze. Cieszy ciebie słońce i podmuchy lekkiego wiatru. Wchodzisz do domu. Idziesz do kuchni w nadziei, że czeka na ciebie obiad. Rodziców jeszcze nie ma. Zaglądasz do lodówki..
Nagle przeszywa cię ostry ból brzucha. Kulisz się. Liczysz do dziesięciu. Ból przechodzi.
Wracają rodzice. Już zapomniałeś o bolącym brzuchu.
Następnego dnia budzisz się wcześnie. Słońce ledwo prześwituje przez beżowe rolety. Siadasz na brzegu łóżka. Gdy chcesz wstać, żeby pójść do toalety, znowu czujesz to dziwne uczucie w brzuchu. Jakby ciążył tobie kamień. Ale nie przejmujesz się tym tak bardzo, bo dzisiaj masz klasówkę z matematyki i to może być przyczyną dziwnego samopoczucia.
Ale to uczucie ciężkości nie mija nawet w weekend. Nie możesz na niczym się skupić. Wieczorem w niedzielę mówisz o tym swojej mamie.

Otwórz oczy.
Spójrz na kartki leżące przed tobą. Wybierz jedną. Zgnieć ją i wyrzuć na ziemię.

Mama w poniedziałek rano, pyta ciebie jak się czujesz? Mówisz, że nadal dziwnie. Idziecie do lekarza. Dostajesz tydzień zwolnienia. Złe samopoczucie nie mija.
Znowu idziesz z mamą do lekarza. Zleca pobranie krwi i moczu. Robisz to.
Następnego dnia, mama po powrocie z wynikami siedzi zmartwiona. Jak wraca z pracy tata, długo ze sobą rozmawiają.
Słońce już mocniej grzeje, zielenią się drzewa. Chciałbyś pobiegać po podwórku, ale nie masz na to siły.

Otwórz oczy.
Spójrz na kartki leżące przed tobą. Wybierz dwie. Zgnieć je i wyrzuć na ziemię.

Wracasz do szkoły, ale po dwóch dniach rodzice muszą ciebie z powrotem zabrać do domu, bo wymiotujesz na lekcji informatyki.
Przez następne tygodnie z mamą lub tatą chodzisz po lekarzach. Rodzice są coraz smutniejsi.
Przyzwyczajasz się do narastającego uczucia ciężkości w brzuchu. Rodzice kupują tobie prezenty, na które wcześniej nie mieli pieniędzy. Możesz grać w gry, ile tylko chcesz.


Sanatorium dobrze tobie służy. Jesteś silniejszy. Pogoda dopisywała. Wracasz do domu zadowolony. Nie możesz doczekać się nowego roku szkolnego, żeby opowiedzieć dzieciom, że masz raka i byłeś w oceanarium.
Jesteś  na rozpoczęciu roku szkolnego. Nie zdążyłeś z nikim porozmawiać, bo nagle zasłabłeś.

Otwórz oczy.
Spójrz na kartki leżące przed tobą. Wybierz dwie. Zgnieć je i wyrzuć na ziemię.

Wieczorem z tatą pojechaliście do szpitala na ostry dyżur. Zostałeś w tym szpitalu. Zmęczony szybko zasnąłeś. Rano przy łóżku siedziała zapłakana mama.
Zabrali ciebie do innego szpitala, w którym wszystko jest kolorowe. Lekarze i pielęgniarki są bardzo mili. Kładą ciebie w pokoju z chłopcem, który ma do ręki podłączoną kroplówkę.
Leżysz w szpitalu już od tygodnia. Chłopak z pokoju cały czas śpi, czasem budzi się, aby wymiotować.
W poniedziałek od rana tobie również podają kroplówkę. Mówią, że możesz po niej źle się czuć, mieć nudności, wypadną tobie włosy, brwi i rzęsy, ale żebyś się tym nie martwił, bo po leczeniu szybko tobie odrosną.
Mieli rację z tymi nudnościami.
W połowie października wracasz do domu. Odwiedzają ciebie koledzy i koleżanki z klasy. Przychodzi wychowawczyni. Wszyscy cieszą się, że ciebie widzą, tylko Antek, jak zwykle bez zastanowienia, powiedział, że ciebie w ogóle nie poznał.
Chociaż każdego dnia ktoś ciebie odwiedza, czujesz się tymi wizytami bardzo zmęczony.
Przychodzą do ciebie nauczyciele. Bardzo lubisz te zajęcia, bo poświęcają uwagę wyłącznie tobie. Nie masz sił na naukę.

Otwórz oczy.
Spójrz na kartki leżące przed tobą. Wybierz dwie. Zgnieć je i wyrzuć na ziemię.

Wracasz do szpitala. Znowu kroplówki, znowu nudności. Leżysz w pokoju z innym chłopakiem. Na głowie ma włosy i jest troszkę otyły.
Za oknem szary listopad. Spadł pierwszy śnieg.
Mama nie chce wychodzić od ciebie do domu. Przyjechała nawet babcia, której dawno nie widziałeś, bo pokłóciła się z tatą.
Ciągle śpisz.


Otwórz oczy.
Spójrz na kartki lżące  przed tobą. Wybierz trzy. Zgnieć je i wyrzuć na ziemię.

Na święta nie wróciłeś do domu. Nowy rok witałeś z rodzicami, którzy w ogóle się nie uśmiechali. Nikt nikomu niczego nie życzył. Były tylko uściski.
Mama nie wypuszcza twojej ręki ze swojej dłoni.

Otwórz oczy.
Spójrz na kartki leżące przed tobą. Wybierz jedną. Zgnieć ją i wyrzuć na ziemię.

Przychodzi taki dzień, kiedy nie czujesz bólu. Nie słyszysz głosów lekarza ani pielęgniarek. Czujesz tylko rękę mamy.
Odetchnij trzy razy. Naprawdę głęboko.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Otwórz oczy. Spójrz na ostatnią kartkę leżącą na stole. Zgnieć ją. I wyrzuć na ziemię.
A teraz weź jeszcze jeden głęboki wdech. Kiedy wypuścisz powietrze – umrzesz.

Po skończeniu czytania na stole znajdują się nie wyrzucone kartki. Dzieci muszą wybrać jedną, najważniejszą, tę, z którą najtrudniej się rozstać. Czytają ją. 

Potem pytamy się o to, jak czuły się, gdy słuchały tekstu.

Podsumowanie
 
Przeprowadziłam ten warsztat i co się okazało? Dzieci odczuwały smutek wobec losu chłopca. Na kartkach zostawiały imiona najbliższych osób i zwierząt. Rezygnowały z przyjemnych miejsc, z rzeczy, które lubią robić (np. grać w piłkę nożną). Jedno dziecko chciało zostawić przy sobie rodziców, babcię i swoje pluszaki.

Co to pokazuje? Współcześnie dzieciaki mają taką samą wrażliwość, jak dzieci sprzed stu lat, sprzed dwudziestu  lat. Dla nich ważne są osoby, nie rzeczy, jak próbuje się wmówić w przestrzeni medialnej.

Podobnie pisze o tym Katarzyna  Boni, która brała udział w warsztacie w Japonii (tam uczestniczyli w nim ludzie dorośli): "Najtrudniej jest zgniatać i wyrzucać ludzi. (...) Dla starszych najważniejsze są ich dzieci. Dla młodszych - ich rodzice".
 

sobota, 3 grudnia 2016

Dzień bez Futra



Jest już grudzień. Przed nami liczne święta, w tym święto ryb - Dzień Ryby  (20 grudnia). Chcę przypomnieć, że w listopadzie zwierzaki miały swój dzień, który liczni znają jako Dzień Pluszowego Misia (to brzmi tak miło i sympatycznie), ale jest to również dzień, który pozwala uświadomić ludziom jak wielkie, w dzisiejszym świecie nowych technologii produkcyjnych zupełnie niepotrzebne, jest cierpienie zwierząt, które swoim widokiem nas cieszą - mają przyjemne w dotyku futerko - a niektórych ludzi cieszą na swoim grzbiecie.

Hodowla zwierząt na futra jest kolejnym problemem natury etycznej, z którym muszą mierzyć się klienci oraz cały przemysł modowy (projektanci mody, producenci). Zapraszam do lektury.

Dzień bez Futra – 25. 11.


Czy przeciętny człowiek, trochę obyty w świecie, zastanawia się nad korelacjami między zagładą Żydów a hodowlą zwierząt? Czy stosowanie takiego porównania może być zasadne? Jeżeli tak, to w jakich momentach znajdziemy  punkty styczne? Jeżeli nie, to jak wybrnąć z kłopotu, że w obu przypadkach mamy do czynienia z masowym cierpieniem i z zaplanowaną na taką samą skalę śmiercią?

W tym artykule nie będę skupiała się na tym, że porównywanie hodowli zwierząt w celach konsumpcyjnych we współczesnym świecie do Treblinki, jest jak najbardziej uzasadnione. Aby zapoznać się z problemem polecam książkę Charlesa Pattersona pt. „Wieczna Treblinka” (wyd. Vega!POL, Opole 2003). Polecam również teksty I. B. Singera, Żyda polskiego pochodzenia, laureata literackiej Nagrody Nobla, wegetarianina, który chyba jako pierwszy porównał współczesne mu hodowle zwierząt do Holokaustu. Polecam teksty Żydów (do znalezienia w internecie), którzy po II wojnie światowej, odrzucali produkty pochodzenia zwierzęcego: jedzenie, skóry, futra, ze względu na zbyt duże podobieństwa ich pozyskiwania z zagładą ludzi w obozach śmierci.

25 listopada obchodzony jest na całym świecie Dzień bez Futra. To jest dobra okazja, aby zastanowić się nad stosunkiem człowieka do zwierząt, nad statusem moralnym i prawnym zwierząt. To jest także okazja, aby pomyśleć o przemyśle modowym, o etyce w modzie (polecam książkę Magdaleny Pionek: Etyka w modzie, czyli CSR w przemyśle odzieżowym;  wyd.  MSKPU, Warszawa 2013), która odnosi się do branży odzieżowej nie tylko na poziomie praw pracowniczych człowieka, lecz również praw zwierząt. To czas, gdy warto zastanowić się nad swoją odpowiedzialnością za stan świata, Ziemi, która nie jest wyłącznie miejscem życia dla ludzi.

Kiedy pytam się dzieci na etyce, czy chciałaby żyć w świecie, w którym byliby tylko ludzie, zawsze bez zastanowienia odpowiadają: „nie”. Według nich to byłoby nudne i mało ciekawe miejsce. Co się wobec tego dzieje, że ci mali ludzie, gdy stają się dorosłymi, bez skrupułów wchodzą w życie pełne ukrytej przemocy jaka rozgrywa się w miejscach coraz lepiej chronionych przed ludzkim okiem: na fermach futrzarskich, w rzeźniach, na fermach hodowlanych dla kur niosek i mlecznych krów, w laboratoriach naukowych?

Ruch Wyzwolenia Zwierząt  swoimi początkami sięga lat 70-tych XX wieku, ale walka o prawa zwierząt i namysł nad ich statusem moralnym rozpoczęła się już w starożytności. Być może w latach 70-tych masowy chów zwierząt zaczął przybierać monstrualne rozmiary. Być może ludzie, głównie młodzi, na sytym Zachodzie zaczęli zastanawiać się, co kryje się za szeroko dostępnym jedzeniem i tekstyliami. Z całą pewnością wtedy nastąpiła sprzyjająca atmosfera, która pozwoliła rozpocząć badania nad tym, co dzieje się ze zwierzętami za zamkniętymi drzwiami ferm hodowlanych i laboratoriów.

W 1780 roku ukazała się książka Jeremy Benthama, wybitnego utylitarystycznego filozofa, pt. The Principles of Morals and Legislations (polskie wydanie: Wprowadzenie do zasad moralności  i prawodawstwa; wyd. PWN, Warszawa 1958), w której Bentham pisał tak: „Oby nadszedł dzień, gdy reszta żywych stworzeń otrzyma prawa, których mogła ich pozbawić tylko ręka tyrana (…). Oby nadszedł dzień, gdy wszyscy uznają, iż liczba nóg, włochatość skóry (…) nie są argumentami przekonującymi, aby wolno było doznającą uczuć istotę wydać na męczarnie. Ze względu na co można by wytyczyć nieprzekraczalną granicę? Czyżby ze względu na zdolność do rozumowania, a może dar mowy? Jednakże dorosły koń lub pies jest bez porównania rozumniejszym i zdolniejszym do porozumiewania się zwierzęciem od dziecka mającego dzień, tydzień czy nawet miesiąc życia. Przypuśćmy jednak, że jest inaczej. Co to by mogło być? Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć” (za: Dorota Probucka: Filozoficzne podstawy idei praw zwierząt; wyd. Universitas, Kraków 2013).

Dzisiaj, z całą pewnością wiemy, że zwierzęta cierpią, że odczuwają ból, wiemy nawet, że ryby mają głos. Im bardziej rozbudowany jest system nerwowy, tym większa zdolność odczuwania cierpienia. Skomplikowanie zbudowany mózg jest charakterystyczny dla wszystkich kręgowców (ryby, płazy, gady, ptaki i ssaki). Właśnie te zwierzęta podlegają największej eksterminacji dokonywanej przez człowieka. Zwierzęta, które stanowią najbliższą rodzinę owego homo sapiens spośród wszystkich organizmów występujących na Ziemi.

Może to, co teraz napiszę, zabrzmi nazbyt egzaltowanie, ale to właśnie te nasze biologiczne „rodzeństwo” zasługuje na najpełniejszą ochronę, podczas, gdy jest ono upychane w ciasnych klatkach, jest skazywane na życie, którego jedynym celem jest wczesna śmierć poprzedzona stresem i chorobami. Śmierci zwierząt nadajemy sens naszej użyteczności, odcinamy się od nich poprzez górnolotne stwierdzenia o duszy i wolnej woli oraz zdolności do rozumowania i mówienia, które jakoby mają charakteryzować wyłącznie człowieka. Czy te argumenty, nawet jeśli prawdziwe, upoważniają człowieka do przyznania sobie prawa do masowego, niespotykanego nigdy wcześniej, uśmiercania zwierząt?

Dla lisów i norek ferma futrzarska to wieczna Treblinka. Dla kotów, psów i myszy laboratoria naukowe to wieczna Treblinka. Dla świń i krów ferma hodowlana to wieczna Treblinka. Dla kur niosek życie to wieczna Treblinka.

Czy ktoś z czytelników zwrócił uwagę, że spośród wymienionych zwierząt, tylko kury nie są ssakami? A kim jest człowiek w tym towarzystwie? Ssakiem jak pies, kot, krowa, świnia, lis i norka. Kręgowcem – jak kura.

Olga Tokarczuk w książce „Moment niedźwiedzia” (wyd. Krytyka polityczna, Warszawa 2012), tak pisze w rozdziale pt. Maski zwierząt: „Cierpienie człowieka łatwiej jest mi znieść niż cierpienie zwierzęcia. Człowiek ma własny, rozbudowany, rozgłoszony wszem i wobec ontologiczny status, co czyni go gatunkiem uprzywilejowanym. Ma kulturę i religię, żeby wspierały go w cierpieniu. Ma swoje racjonalizacje i sublimacje. Ma Boga, który go w końcu zbawi. Ludzkie cierpienie ma sens. Dla zwierzęcia nie ma ani pociechy, ani ulgi, bo nie czeka go żadne zbawienie. Nie ma też sensu. Ciało zwierzęcia nie należy do niego. Duszy nie ma. Cierpienie zwierzęcia jest absolutne, totalne”.
25 listopada przeprowadźmy refleksję nad tym kim jesteśmy, my – ludzie i jak odnosimy się do zwierząt w naszym życiu, które również kiedyś się zakończy, oby nie w cierpieniu.

sobota, 5 listopada 2016

O szczęściu



Czy zwierzęta mogą być szczęśliwe? Poczucie szczęścia wydaje się być bezpośrednio związane z człowiekiem, ale jeżeli zwierzę cierpi to może być także szczęśliwe.

O zwierzętach bardzo lubią rozmawiać dzieci. One nie mają problemu z odpowiedzią czy zwierzęta mogą być szczęśliwe czy nie. Zawsze odpowiedzą, że oczywiście mogą, i jeszcze podają przykłady tej zwierzęcej szczęśliwości. 

O szczęściu rozmawiałam z kotem:) Bo kto inny mógłby mi odpowiedzieć na to pytanie?

DIALOGI KOTA FILOZOFA: Czy zwierzęta mogą być szczęśliwe?
  
Moja kochana filozofka od rana jest na mnie zła. Obudziłem ją o piątej zrzucając na podłogę lustro i wszystkie kolczyki. Próbuję ją pocieszyć i przeprosić, bo wcale nie zrobiłem tego specjalnie.

- Teraz to się do mnie łasisz – powiedziała drapiąc mnie po grzbiecie. – Najważniejsze, że lustro się nie zbiło.

- Mrrry – zamruczałem uprzejmie.

- Jesteś niezwykłym kotem, ale w naturze długo byś nie pożył.

- Niby dlaczego tak mówisz? – spytałem zatroskany.

- Bo po pierwsze jesteś zbyt czarny, a po drugie jesteś za bardzo postrzelony, dziki i nieostrożny.

- Oj tam, gadanie. A ty w moim wieku taka nie byłaś?

Popatrzyła na mnie przeciągle z jakimś zdumieniem:

- Miałam szczęście – odpowiedziała lakonicznie.

- To ja też mógłbym je mieć. Czy koty mogą być szczęśliwe? – spytałem.

- Chyba tak. W końcu mało się różnicie od ludzi.

„Ale komplement – pomyślałem. – Jednak ludzie nie chodzą na czterech łapach i nie są pokryci miękkim futerkiem. Nie mają też długich, puszystych ogonów”.

- No bo popatrz – ciągnęła filozofka. – Mamy cztery kończyny z pięcioma palcami, głowę, uszy, nos i oczy. Serce pompuje naszą krew. Oddychamy tym samym powietrzem. Musimy jeść, spać i myć się – wymieniała.

- Ale ja nie czytam książek – dodałem. – A ty nie wskakujesz na drzwi i szafy. I nie masz talerzy stojących na podłodze – powiedziałem to z żalem.

- Mało istotne szczegóły. Ja z moją siostrą różnię się bardziej.

- Koty nie są okrutne dla człowieka – podpowiedziałem. – I nie mają bogów, ani regulujących ich życie praw.

- I tutaj mój kochany się mylisz. Może te prawa nie są przez was spisane, ale ludzie was chronią przepisami prawa. W 1977 roku powstała Światowa Deklaracja Zwierząt. Pierwszy tego typu dokument na świecie.

- Rzeczywiście – zaszydziłem. – Mamy takie prawa, że co i rusz wychodzi jakaś medialna afera ze znęcaniem się nad zwierzętami.

- Ale przynajmniej was, koty, nikt nie łapie już do worków na futerka i sadło, jak to robiono w średniowieczu.

„Może w Europie już nie. Ale tygrysi tłuszcz nadal uważany jest za lekarstwo” – pomyślałem. Głośno zaś powiedziałem:

- Ja akurat nie narzekam na brak praw. W tym domu mogę wszystko. – Filozofka popatrzyła na mnie ciężko. – Przepraszam za to lustro. To naprawdę był przypadek, że spadło. Ale gdyby ludzi nie było na Ziemi, to zwierzęta mniej by cierpiały – dodałem smutno.

- Zgadzam się z Tobą. Człowiek niby też zwierzę, ale bardzo wstydzi się do tego przyznać. Jakby to jakoś odbierało mu godność i człowieczeństwo. A i ty, i ja jesteśmy tak samo równi wobec życia, zasługujemy na szacunek i mamy prawo do wolności.

- Wiem, wiem. Władca Ziemi – powiedziałem – który znęca się nad zwierzętami w cyrku, w laboratoriach i na farmach futrzarskich. I jeszcze do tego odbiera nam prawo do posiadania duszy – dodałem. – Może nic ze mnie nie uleci po śmierci, ale tak samo jak ty i inni twoi ludzcy kamraci odczuwam ból i upokorzenie, czasem boję się, cieszę się, gdy wracasz do domu. Lubię z tobą rozmawiać. I wszystko mnie ciekawi. A najbardziej lubię być blisko ciebie – powiedziawszy to otarłem się o nogi mojej kochanej filozofki.

- Wiem mój ty Czarodzieju Złoty – po czym ucałował mnie w pyszczek. – Czasem wolę zwierzęta od ludzi.

„A ja ludzi lubię, zwłaszcza tych, którzy przychodzą do naszego domu. A zwierzęta mi smakują”. Głośno tylko powiedziałem: 

- Miau.