niedziela, 5 listopada 2017

Bestiariusz słowiański



Paweł Zych, Witold Vargas: Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach; wyd. BOSZ, Olszanica 2017.
Paweł Zych, Witold Vargas: Bestiariusz słowiański. Część druga. Rzecz o biziach, kadukach i samojadkach; wyd. BOSZ, Olszanica 2017.

„O do licha”. „Licho nie śpi”. „Ty kocmołuchu”. „Ale z ciebie buc”. „Łaknie jak kania dżdżu”. „Tam do kaduka”.

Stwierdzenia te znamy ze swojego codziennego życia. Jedne mają zabarwienie emocjonalne i są wprzęgnięte w slang miejski (buc, kocmołuch), a inne są używane przy różnych okazjach i są frazeologizmami, którym etymologia nie do końca jest znana (kania pragnąca dżdżu). Mnie jednak przyszło do głowy, że to są zwroty, które zakorzeniły się w języku polskim, bo pochodzą z ludowych wierzeń słowiańskich.

Będąc niedawno w księgarni natrafiłam na niezwykle ciekawe książki, które się wpisują w moje etnograficzne zainteresowania kulturą polską, ale także dlatego, że są to książki bardzo pięknie wydane, gdzie słowo i obraz stanowią równorzędną całość. Najpierw wzięłam do ręki „Bestiariusz słowiański. Część druga” i od razu rozejrzałam się czy jest część pierwsza (skoro jest druga to musi być pierwsza). Oczywiście była. Niewiele się zastanawiając kupiłam obie książki.

Lektury te stanowią większą całość serii, którą autorzy nazwali legendarzem (innymi bohaterami serii są polskie smoki, święci i biesy oraz duchy i zbójnicy). Autorzy książek podjęli się trudnej pracy wyciągnięcia z zapomnienia baśniowych i fantastycznych stworów, które żywo występowały w opowieściach ludowych, ale także w polskiej literaturze. Niektórych bohaterów tych opowieści znamy, gdyż weszli oni do popkultury: to są wampiry, widziadła, krasnoludy czy czarnoksiężnicy i czarownice. Niektórzy, jak licho, kocmołuch, buc, kaduk czy kania funkcjonują w języku. Ale kto zna aitwara, klabaternika, łełeki czy klykanice, omńca, ocha i macicę poza osobami, które interesują się polską etnografią, baśniami, legendami i podaniami? O tych i innych postaciach można sobie poczytać w obu książkach. A także sobie je obejrzeć, bo autorzy są również twórcami portretów tych demonów, stworków, boginek i bogunów.
 
Mnie lektura tych książek pobudziła do poszukiwania owych postaci w tekstach literackich polskich autorów. Okazało się, że od majek i południc aż roi się u Bolesława Leśmiana i Władysława
Reymonta. Dziady, widziadła i upiory występują u Adama Mickiewicza oraz Stanisława Wyspiańskiego, a duchy są i u Marii Dąbrowskiej, i u Deotymy, zaś o błotniku pisała Maria Pawlikowska-Jasnorzewska w wierszu zatytułowanym „Błotnik”.
 
Na koniec dodam, że „Bestiariusz” stał się inspiracją dla twórców trzeciej części gry komputerowej „Wiedźmin” (popularnej na całym świecie).

Książki dla osób w każdym wieku.
„Zaskoczyła ich na słońcu Południca blada
I Świdrydze i Midrydze i tańcowi rada”.
(Bolesław Leśmian: Świdryga i Midryga)

sobota, 14 października 2017

Sekretne życie drzew



PETER WOHLLEBEN: SEKRETNE ŻYCIE DRZEW (wyd. Otwarte, Kraków 2016)

W „Pieśni lodu i ognia” Geroge’a R. R. Martina drzewo odgrywa niezmiernie ważną rolę. Zwłaszcza dla ludzi z Północy. W polskich wierzbach na rozstajach dróg siedziały czarty i biesy, a obok swoje obrzędy odprawiały szeptuchy. W „Magicznym drzewie” A. Maleszki przedmioty wykonane z powalonego burzą drzewa mają magiczną moc, a w „Krzesiwie” H. Ch. Andersena żołnierz w starym drzewie odnajduje skarby,  które zmienią jego życie.

„Sekretne życie drzew” Petera Wohllebena nie ma niczego z baśni, ani mitów. Autor pisze o drzewach – o istotach biologicznych, istotach społecznych, rodzinnych, czasem o outsiderach. O organizmach, które człowieka prześcigają w podstawowej  rzeczy: w długowieczności (o ile pozwolimy drzewom żyć tyle, ile mogą).

Peter Wohlleben jest niemieckim leśnikiem, który lasu nie traktuje jak swoje gospodarstwo, z którego można czerpać korzyści, ale w stylu iście pogańskim: z szacunkiem, zrozumieniem i czcią. Jako równoprawnych mieszkańców Ziemi, którzy mają uczucia, odczuwają ból, komunikują się ze sobą i troszczą się o siebie nawzajem.

Ktoś może sobie pomyśleć: „No tak, bajdurzenia kolejnego nawiedzonego ekologa”, ale w tym przypadku tak nie jest. Autor książki opisuje swoje obserwacje oraz podaje dane oparte na faktach naukowych, które w dużej mierze są znane każdemu, kto chociaż trochę interesuje się biologią.

Maja Popielarska książkę poleca tymi słowami: „Książka ta powinna znaleźć się na półce każdego, komu zależy na zrozumieniu przyrody i na jej losie, kto ma zielone serce”. Od siebie dodam, że ta książka powinna znaleźć się na półkach w gabinetach wszystkich polskich polityków, zwłaszcza w Ministerstwie Środowiska. U Adama Wajraka książka wzbudziła wzruszenie. We mnie również, ale także tęsknotę za spacerami po lesie oraz przyniosła zrozumienie własnych stanów emocjonalnych, które pojawiają się za każdym razem, gdy widzę wycinane drzewa (i nie jest to stan dla mnie nowy). 

Dzięki „Sekretnemu życiu drzew” patrzę na te wielkie rośliny tak, jak się patrzy na każdy żywy organizm, zwłaszcza w sytuacjach, gdy są traktowane przedmiotowo i wyłącznie użytkowo, na chwałę człowieka. Już wiem jaką niewygodę odczuwają drzewa, które rosną w centrach miast ze zduszonymi korzeniami: „Sam fakt sztucznego sadzenia drzewek pociąga za sobą skutki na całe życie. Bo żeby w ogóle móc przenieść drzewka ze szkółki na ostateczne stanowisko, trzeba najpierw całe lata je do tego przygotowywać. Każdej jesieni korzenie na grządkach są przycinane, by pozostały zwarte i w przyszłości można je było łatwo wykopać. Średnica bryły, która dla trzymetrowej wysokości drzewka wynosi około sześciu metrów, zostaje w ten sposób zredukowana do pięćdziesięciu centymetrów. Koronę również się silnie przycina, by nie zginęła z pragnienia przy tak okrojonych korzeniach. Te zabiegi nie mają służyć zdrowiu drzewka, lecz jedynie wygodzie użytkowania. Przy skracaniu korzeni odcina się niestety razem z ich wrażliwymi koniuszkami przypominające umysł struktury – aua! Drzewo jak gdyby traci orientację, nie potrafi pod ziemią rosnąć w głąb i wykształca płaski „talerz” korzeniowy. Wodę i składniki odżywcze może w ten sposób pozyskiwać w bardzo ograniczonym stopniu”. 

Miejskie drzewa to leśne dzieci ulicy. Dlaczego? Zachęcam do przeczytania tej książki i obdarowywania nią każdego, kto jeszcze książki nie ma. A dla zainteresowanych zwierzętami polecam drugą książkę tego samego autora pt. „Duchowe życie zwierząt”.

wtorek, 19 września 2017

Michel Piquemal: Bajki filozoficzne. Opowieści mędrca Sofiosa



Michel Piquemal: Bajki filozoficzne. Opowieści mędrca Sofiosa; wyd. Muchomor, Warszawa 2016.

Sofios jest autorską postacią stworzoną przez Michela Piquemala, twórcę znanego z serii pt. „Bajki filozoficzne”.

Autor, w konwencji przypowieści i bajek, opowiada o świecie i o ludziach. Wykłada filozofię, w której nie ma nazwisk i dat. Uczy myślenia, skłania do zadawania pytań, prowadzi przez dylematy moralne nurtujące ludzi od zawsze.

W odróżnieniu od pozostałych książek pisarza, w „Opowieściach mędrca Sofiosa”, nie ma pracowni filozofa. Każdy musi sam odkryć wszystkie warstwy tych bajek, tym razem Piquemal w niczym nie pomaga.

Zaletą tej lektury jest to, że można jej używać jak podręcznika na lekcjach etyki i podczas dociekań filozoficznych. Wystarczy przeczytać bajkę, poprosić uczniów o pytania do niej, a potem wspólnie z nimi prowadzić rozmowę. Nauczyciel staje się Sofiosem dla swoich wychowanków – wprowadza ich na ścieżkę filozofii, z której potem bardzo trudno się schodzi.

Obok poprzedniego tomu „Bajek filozoficznych” pt. „Jak żyć na Ziemi?”, tę książkę lubię najbardziej ze wszystkich lektur Michela Piquemala.

piątek, 1 września 2017

Kot Karima



Prawie po wakacjach. Trzeba zabrać się do pracy, także w prowadzeniu bloga. 

Na początek nowego roku szkolnego polecam jedną z kilku książek dla dzieci poruszających temat uchodźców, które przeczytałam podczas wakacji.

Liliana Bardijewska: Kot Karima i obrazki; wyd. Literatura, Łódź 2016.

„Daj głupiemu tysiąc rozumów, a on będzie wolał swój własny”. Tak powiedziała babcia Karima, kilkuletniego chłopca, który wspólnie z nią, swoją mamą i kotem uciekli przed wojną w Syrii.
Karim jest bohaterem książki Liliany Bardijewskiej pt. „Kot Karima i obrazki”, bohaterem opowiadanym przez niebieskiego kota abisyńskiego, Bissa (biss – po syryjsku kot). Biss, który wspólnie z Karimem, jego mamą i jego babcią po tułaczce trafia do nowego miejsca na Ziemi, które znajduje się w jakimś miasteczku w Polsce. Biss w nowym domu zaprzyjaźnia się z innymi zwierzakami: z syryjskim chomikiem, który nigdy nie był w Syrii, myszem Akyszem i z muchą Kluchą. Biss objaśniając obrazki namalowane przez Karima opowiada o tym, czym jest wojna i czym jest ucieczka przed nią w nieznane, gdzieś, gdzie nie będą bomby leciały na głowę.

Narracja tej niewielkiej książeczki dla dzieci, ale także dla dorosłych, przebiega dwoma torami: jeden dzieje się w teraźniejszości i związany jest z zawieraniem nowych znajomości i z asymilacją w nowym środowisku, a drugi tor odnosi się do przeszłości, w której wciąż się szło, jechało lub czekało, w której uciekało się przed wojną, jednocześnie spotykając się z przemytnikami, ze złodziejami, którzy nie mają skrupułów, aby okraść ludzi, których cały życiowy dobytek mieści się w podręcznej walizce oraz z tym, którzy w różny sposób pomagali – dając kawałek chleba i trochę wody, ratując przed śmiercią w porzuconej ciężarówce-chłodni.

Kot Karima i obrazki” jest jedną z kilku książek, które ostatnio ukazały się na polskim rynku wydawniczym i które wpisują się w dyskusję na temat uchodźców. Pięknie ilustrowana, mądra, pozbawiona sentymentalizmu i nadmiernego optymizmu. Historia Karima zakończyła się dobrze, oni znaleźli swój nowy dom i zostali zaakceptowani przez otoczenie (co również nie było takie oczywiste), ale ile jest opowieści, w których brakuje happy endu? Których nikt nie opowie, bo nie ma kto tego zrobić?

„Nie bądź zbyt słodki, bo cię zjedzą. Nie bądź zbyt gorzki, bo cię wyplują” – babcia Karima. Polecam.

czwartek, 8 czerwca 2017

SIMONA KOSSAK: SAGA PUSZCZY BIAŁOWIESKIEJ; WYD. MARGINESY, WARSZAWA 2016



Chciałam książkę Simony Kossak „Saga Puszczy Białowieskiej” przeczytać w czerwcu (zeszłego roku). Wakacje minęły, przyszła jesień, przyszła zima, a ja przeczytałam zaledwie jeden rozdział. W końcu mi się udało zasiąść do lektury tuż przed końcem 2016 roku. I zrobiłam to z wielką przyjemnością. Książka jest bardzo na czasie. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w tej recenzji.

Puszcza Białowieska to takie miejsce w Polsce, z którego możemy być dumni. Z dwóch powodów: po pierwsze, gdyż zachowuje ona jeszcze ostatni naturalny las na niżu europejskim, a po drugie – ze względu na ostatnie siedlisko na świecie, w którym żyją żubry uchronione w latach trzydziestych XX wieku od zagłady. Poza tym, w Puszczy znajduje się najstarszy polski park narodowy. O tych rzeczach wie prawie każdy Polak, co najmniej od szkoły podstawowej.

To wszystko jest prawdą, ale niestety częściową. W polskiej części Puszczy Białowieskiej park narodowy zajmuje ok. 20% powierzchni lasu. Po białoruskiej stronie Puszczy jest to 100%!
Żubry w Puszczy oczywiście są, sama widziałam trójkę zwierzaków pasących się w paśniku na skraju lasu, ale to, że dzisiaj żubry są naszą chlubą niestety nie jest wyłącznie zasługą Polaków. Gdyby w latach trzydziestych XX wieku nie zawiązał się Międzynarodowy Komitet Ochrony Żubrów, w którym Polski nie było, to być może sprawa tych ogromnych zwierząt przypominałaby dzieje tura – byłaby przeszłością.

Puszcza Białowieska jest lasem naturalnym, ale w tej chwili tylko w rezerwatach wchodzących w skład tych 20% lasu objętych ochroną.  Los Puszczy, mimo tego, że znajduje się ona             na liście światowego dziedzictwa UNESCO, wisi cały czas na włosku trzymanym przez decydentów w Polsce. W 2016 roku podjęto kolejne decyzje o wycince lasu. Jednym z argumentów przemawiających za tym, ze strony ministra środowiska Jana Szyszki, jest inwazja kornika drukarza, która zagraża całemu lasowi. Cóż, ten argument był już przywoływany w latach pięćdziesiątych XX wieku, aby ciąć puszczę.

Gdy piszę ten tekst, w sieci pojawiła się kolejna petycja w sprawie ochrony Puszczy oraz przeciwko zabijaniu w celach komercyjnych żubrów. Nadzieja, która pojawiła się pod koniec książki, znowu znika. 

Książka ma określoną strukturę. Każdy rozdział rozpoczyna się fabularną opowieścią o puszczy, wyróżnioną zieloną czcionką, aby po kilku stronach, historia opowiedziana na początku uzyskała uzasadnienie faktograficzne.

Każdy fragment książki czyta się znakomicie. Część fabularna przenosi nas w świat wyobraźni, który rodzi się w naszych umysłach wraz z każdym przeczytanym zdaniem. Niestety, zazwyczaj to są historie ociekające krwią, bo dzieje Puszczy Białowieskiej, to przede wszystkim saga o jej znikaniu, saga o rozłożonym w czasie morderczym instynkcie człowieka, który prowadzi na rzeź setki gatunków innych zwierząt, a także roślin. Niestety ten sam instynkt odpowiada za to, że Puszcza Białowieska dotrwała do XXI wieku. Największą w tym zasługę mają rosyjscy carowie, którzy ten leśny obszar traktowali jako swoją własność prywatną, przez co podlegał on szczególnie restrykcyjnej ochronie przed użytkowaniem go przez miejscową ludność.

W rozdziale pt. „U progu trzeciego tysiąclecia” Simona Kossak pisze: Rok 1950. Zgrzytają piły. Rok 1956. Zgrzytają piły. Rok 1957  i kolejne lata… - zgrzytają lub warczą piły. I tak jest, aż do  1998 roku, gdy to obecny minister środowiska Jan Szyszko chciał Puszczę Białowieską w całości objąć ochroną narodową. Co takiego się stało, że w 2016 roku, ten sam profesor zmienił zdanie?

Simona Kossak zmarła w 2007 roku. Nie będzie patrzyła na to, jak jej ukochane miejsce na Ziemi ulega dalszej dewastacji. „Saga Puszczy Białowieskiej” to jej głos w obronie ostatniego naturalnego lasu, którego ciągłość trwa od ponad siedmiu tysięcy lat. Jeżeli nie jest on słyszalny dla decydentów i broniących swoich interesów mieszkańców okolic Puszczy, niech chociaż będzie słyszalny dzięki czytelnikom, którzy sięgną po tę książkę.

Simona Kossak fascynująco pisze o zwierzętach zamieszkujących ten najstarszy las w Europie, m. in. o żubrach, bobrach, turach, cietrzewiach czy jeleniach i łosiach. Ale wspomina również ludzi, którzy pierwotnie należeli do Puszczy, m. in. Jaćwingowie. W lekturze jest zawarty kawał historii związanej z tym miejscem.

Polecam tę książkę, nie tylko ze względu na zawartość tekstową, ale także na zdjęcia, na których Simona chodzi ze stadem saren, przytula się do rysia lub karmi mlekiem ze szklanych butelek po Pepsi-Coli dwa łoszaki. Pozycja, która pozwala zrozumieć to, co teraz dzieje się wokół Puszczy Białowieskiej.