poniedziałek, 13 czerwca 2016

Czarownice

Czy czarownice, które ginęły na stosach łączy coś ze współczesną polityką? Tak, propaganda, która prowadzi do  tego, że ludzie zaczynają wierzyć w rzeczy raczej niemożliwe, czyli mimo swoich zmysłów, które ich nie oszukują czują się oszukani, a przede wszystkim zdezorientowani. Nie jest to kwestia roku czy dwóch, bo nienawiść wobec czarownic rodziła się przez wieki i przez wieki była podsycana przez osoby lub grupy, które miały jakąś korzyść z tego, że ludzie dostrzegali w  niewinnych kobietach demoniczne cechy nadprzyrodzone, które z powodów czysto fizycznych i biologicznych nie są możliwe do wykonania. Ale od czegoż jest wyobraźnia...

W maju był Dzień Czarownicy. Niezależnie od tego, kogo określimy czarownicą i kim czarownica była czy jest (teorie są różne: punktem wyjścia dla stosów dla czarownic była herezja, czyli aby być czarownicą trzeba było być chrześcijanką, która z jakiegoś powodu odstępuje od doktryn i zasad religijnych lub wystarczyło być kobietą - wiadomo, kobiety przez wieki były słabym przeciwnikiem dla mężczyzn - jakże pożądanym - a słabszego zawsze łatwiej skrzywdzić).

O czarownicach pisałam w Nieco-dzienniku etycznym z maja (http://robila.overblog.com/2016/04/nieco-dziennik-etyczny-nr-9.html). Pisząc tekst korzystałam głównie z jednej lektury. Nie wiedziałam jak zabrać się do tematu, bo okazało się, że czarownice jako punkt wyjścia mogą być kopalnią wielu tematów, czasami pozornie odległych od siebie. Mnie wyszedł tekst o propagandzie i manipulowaniu opinią w jakimś celu, tym razem w celu popełnianych zbrodni. Autor książki przeze mnie czytanej wskazywał na to, że do zbrodni wobec kobiet doprowadził rozwój druku - dzięki pismu drukowanemu można było całą kampanię nienawiści rozkręcić na obszarze całej Europy, a potem także Ameryki Północnej. W dzisiejszych czasach mamy internet, który jest wielkim technologicznym konstruktem, z którego trzeba umieć korzystać, który daje zupełnie nowe możliwości komunikowania się. Niestety także w celach propagowania nienawiści wobec jednych lub innych ludzi, grup społecznych czy etnicznych itd.. Z czego to wynika? Nie wiem, i nie będę zajmowała się diagnozowaniem ludzkiej natury, bo mądrzejsi ode mnie to robili i robią. Jednak znając przypadek czarownic, można sobie wyciągnąć wnioski z szerzenia mowy nienawiści (nawet jeśli robi się to z głupoty, ale wtedy to pokazuje, że dorośli ludzie nie są zbyt mądrzy) przez internet, w którym wszystko się rozchodzi miliony razy szybciej niż kiedyś rozchodziły się pisma drukowane.

CZAROWNICE

Czarownice jakie są, każdy widzi. Zazwyczaj to stare kobiety, które mają moc stawania się pięknymi, przebiegłe i złośliwe jędze, które na prawo i lewo rzucają uroki, by innym się nie szczęściło. Wstrętne zawistnice i zazdrośnice.

Niektóre czarownice są zbyt młode by dostąpić udziału w sabacie czarownic. Mają tylko 127 lat, a to zbyt mało by być prawdziwą czarownicą.

Mniej więcej taki jest wizerunek czarownic w bajkach i baśniach dla dzieci. Ulubionym przebraniem na balach karnawałowych są stroje czarownic – spiczaste czapki, długie i zakrzywione nosy, różdżka w rękach oraz jakaś gwieździsta peleryna na plecach. No i fajnie. Niestety czarownice istnieją naprawdę, nie są tylko wytworami wyobraźni człowieka, lecz niezwykłymi kobietami, które w pewnym okresie dziejów Europy zasłużyły na masowe prześladowania, były ofiarami masowych donosów oraz oskarżeń ze strony sąsiadów o konszachty z Szatanem.

Marc Chagall
Niedawno przeczytałam na pewnym prawicowym portalu, iż najwięcej czarownic jest na Śląsku. Wyglądają zupełnie zwyczajnie, a na swoje sabaty na Słowację (w każdy piątek!) jeżdżą autobusami. Oczywiście te czarownice nie są aż takie złośliwe jak ich przodkinie – w końcu świat się zmienił, masło można kupić w sklepie to nikt nie będzie rzucał uroków na krowy, poza tym większość czarownic została w wyniku dawnych prześladowań wyeliminowana i ich geny są mocno osłabione.

Można śmiać się z takich doniesień, jednak przestają one być zabawne, gdy przeanalizuje się cały mechanizm i historię prześladowań kobiet, które były oskarżane o współpracę z Szatanem.

Procesy czarownic, które swoją szczytową formę osiągnęły w XVI i XVII wieku do dzisiaj rozpalają naszą wyobraźnię. Podlegają one naukowej ocenie – co takiego się wydarzyło, że rozpoczęto masową i okrutną nagonkę na kobiety oskarżane o czary? Przecież w każdej kulturze i w każdej epoce dziejów człowieka istniały osoby, którym przypisywano nadprzyrodzone moce, ale mimo lęku jaki budziły, bardziej były obdarzane szacunkiem niż nienawiścią?

Za każdymi masowymi prześladowaniami jednych ludzi przez innych ludzi, zawsze stoi jakiś interes, często interes polityczny. Ktoś na szerzeniu uprzedzeń zbija kapitał polityczny. Za tym stoi propaganda i manipulacja oparte na podsycaniu emocjonalnego lęku przed kimś lub przed czymś. Wystarczy obiektowi prześladowań przypisać negatywne cechy, rozwinąć uprzedzenia, oprzeć je na zabobonach, czyli na irracjonalnych odczuciach, które w żaden sposób nie przystają do rzeczywistości. Jak tylko do tego dołożymy techniki ułatwiające komunikację, np. rozwój druku lub sieć internetową, to mamy już część odpowiedzi na to, skąd brały się nagonki na kobiety, które miały uprawiać czarostwo, na Żydów, na feministki, na uchodźców itp. itd.

Proces prowadzący do eskalacji lęku zazwyczaj jest dość długi, czasami trwa całe wieki. Dlaczego? Bo na początku u większości ludzi przeważa tzw. zdrowy rozsądek biorący się z ich doświadczeń. Niestety z czasem propagandą, „naukowymi” i „logicznymi” argumentami, prawem i polityką można całe pozytywne nastawienie zmienić na niechęć wobec kogoś. Wystarczy ludzi we właściwy sposób przekonać do swoich racji.

Stąd procesy czarownic osiągnęły swoje apogeum w czasach nowożytnych. Stosy, na których palono kobiety oskarżone o czary, zazwyczaj kojarzą nam się ze średniowieczem. Jednak wbrew obiegowym opiniom w średniowieczu było więcej wyrozumiałości i tolerancji wobec inności niż w czasach późniejszych.

Francis Goya
Kurt Baschwitz w książce „Czarownice. Dzieje procesów o czary” (wyd. PWN, Warszawa 1971) pisze, że nikomu nie można zabronić wiary w istnienie czarownic, można darować człowiekowi zabobon, ale trzeba od niego żądać zawsze dowodów, które uzasadniają wysuwane zarzuty i potępiać karygodne czyny związane z wiarą (nie tylko religijną).

Do rozwoju prześladowań potrzeba ogromnego wysiłku, zastosowania niezwykłych środków, wykorzystania potężnego autorytetu, znieść prawa, zwłaszcza te chroniące jednostkę, stosować terror, strach fizyczny z czasem przejdzie na lęk psychiczny. Na korzyść prześladowców działają zawsze pewne skłonności czy zahamowania charakterystyczne psychice ludzkiej danej epoki.
A czy przed tą manipulacją można się bronić? Oczywiście – amuletami i talizmanami. Ale tak na serio „najskuteczniejszym środkiem, przeciwdziałającym obłędowi urojeń i zaślepieniu, była wolność słowa. Od początku do końca prześladowań czarownic potwierdza się doświadczenie, że wszędzie tam, gdzie wolność ta istniała, gdzie toczyła się otwarcie walka poglądów, a więc tam, gdzie mogła kształtować się opinia publiczna, mordercy czarownic pierzchali przed nią niechybnie.

Ekscesy zrodzone z psychozy zbiorowej są niezmiennym skutkiem zastraszenia i bezprawia, które pozwala garstce potworów i okrutników narzucić swą wolę większości ludzi względnie rozumnych i względnie uczciwych. Dlatego też dla zapobiegania zjawisko masowego obłędu konieczna jest przede wszystkim ochrona prawna jednostki, której rękojmią są niezawisłe sądy, wolność myśli i poszanowanie godności ludzkiej” (K. Baschwitz: Czarownice. Dzieje procesów o czary”).

Malutka Czarownica w ilustracji Danuty Konwickiej
Mechanizm prześladowań od wieków jest ten sam, zmieniają się tylko grupy docelowe represji. Dzieje procesów o czary, postać czarownicy, postać kobiety może być dla nas źródłem wiedzy i nauki. Właśnie takie doświadczenia europejskie, jak procesy i tortury czarownic, jak Holokaust i II wojna światowa, jak niechęć współczesna do uchodźców, feministek i „genderów”  uczą nas, kim jest człowiek i jakimi motywacjami się kieruje oraz tego, jak łatwo można ulec manipulacji.

Bierzmy przykład z czarownic, tych prawdziwych, tych kobiet, które stały się ofiarami zbiorowych urojeń oraz psychoz. Czarownice z bajek i baśni zazwyczaj są brzydkie i złe, szukajmy przykładów pozytywnych czarownic, odczarowujmy wizerunek kobiet, które są wielkim zagrożeniem dla mężczyzn, dla ich seksualności i męskości. Przecież nagonka na „ideologię” gender, wyśmiewanie się z feministek, tworzenie medialnego wizerunku kobiety, która przede wszystkim jest sexy nie jest niczym innym, jak dyskredytacją kobiety jako kobiety. Historia procesów czarownic to nic innego, jak opowieść o niezależności, emancypacji i kobiecej mądrości niczym nie ustępującej tej męskiej (na czarodziejów i magów nikt nie polował!). Popatrzmy na czarownicę z bajki o Królewnie Śnieżce z większą sympatią do postaci złej królowej. Gdyby kobiety miały taką moc, jaką im się przypisuje w bajkach lecz także w rzeczywistości, to nie potrzebne byłyby wszelkie pakiety ochronne i przepisy międzynarodowe chroniące kobiety i dziewczynki. Nie byłoby uchodźców, ani wojen, ani organizacji feministycznych, i nikt nie zabraniałby aborcji.

piątek, 3 czerwca 2016

DIALOGI KOTA FILOZOFA: o taoizmie.

Kilka postów wstecz pisałam o taoizmie. W jednym z wydań "Nieco-dziennika etycznego" ukazała się moja rozmowa z Kotem Filozofa na ten temat (swoją drogą kot filozofa ma bardziej ścisłe i proletariackie zainteresowania - uwielbia oglądać z balkonu koparki i robotników układających rury wodociągowe). Zapraszam do lektury.


Droga: Droga, którą możesz pójść,/nie jest prawdziwą drogą./Imię, które możesz wypowiedzieć,/nie jest prawdziwym imieniem.//Niebo i ziemia/zaczynają się w nienazwanym:/nazwa jest matką/dziesięciu tysięcy rzeczy.//Dusza, która nie pragnie/widzi to, co ukryte,/a wiecznie pragnąca/widzi tylko to, czego pragnie.//Dwie rzeczy  - jedno źródło,/lecz inaczej nazwane./Ich jedność – tajemnicą./Tajemnica tajemnic!/Drzwi do tego, co ukryte.
Tak rozpoczął mi się dzisiaj dzień:
- Mój drogi Kocie, czy wiesz, co to jest tao – spytała się mnie moja Filozofka.
- Mrry. Pamiętam tylko bajkę „Pan Tau”.
- Nie, nie. Pan Tau był zwariowanym człowiekiem, ale raczej nic nie miał z taoisty. Chociaż, kto go tam wie? – pańcia zasępiła się po tych słowach.
- Czytałaś kiedyś Kubusia Puchatka – powiedziałem. – Mówiłaś, że Kubuś jest tao. Czy o to tobie chodzi?
- Otóż to – ucieszyła się moja kochana Filozofka. – Jesteś bardzo mądrym kotem.
- Mrry – zadowolony obtarłem się pyszczkiem o jej rękę. Lubię, gdy mówi mi, że jestem mądry i piękny.
- Taoizm jest starożytną chińską filozofią. Czytałam, że każdy Chińczyk jest  w większym lub mniejszym stopniu taoistą.
- A ja słyszałem, że Chińczycy są komunistami i konfucjanistami – wtrąciłem.
- To też. Ale komunistyczny to oni mają ustrój, w zasadzie od niedawna. Konfucjanistami są wszyscy wykształceni Chińczycy. Konfucjanizm definiuje Chińczyków społecznie, a taoizm – indywidualnie.
- A ha. Czyli jak przychodzą do ciebie twoi znajomi, to mam zachowywać się po konfucjańsku, przestrzegać konwenansów zachowania. Będąc zaś taoistą, mogę sobie mieć tych wszystkich ludzi na wibrysach i włazić im na kolana, chociaż niektórzy tego nie lubią?
- Mniej więcej tak – odpowiedziała zmieszana moimi wnioskami. – Taoizm reprezentuje ducha Swobody. Możesz zachowywać się według własnego wyboru. Robisz to za każdym razem, gdy wskakujesz na drzwi i balansując na ich krawędzi bawisz się swoim ogonem, wiedząc, że troszkę boję się, iż spadniesz. Ale pozwalam ci na tę zabawę, abyś pozostał sobą.
- O. Prawdziwy ze mnie taoista – zamruczałem przyjemnie.
- Taoizm ma różne oblicza. Ten, o którym rozmawiamy ma postać subtelnego nastawienia do życia osoby wykształconej. Ale jest również taoizm ludowy – pełen zabobonów, zhierarchizowanych wróżek i bogów. Tym taoizmem zarządzają kapłani - magowie.
Subtelny taoizm jest postawą filozoficzną i usposobieniem estetycznym, który odrzuca formy instytucjonalne i religijne. Troszkę taki wewnętrzny anarchizm. Drugi taoizm jest formą popularnej religii, jest społeczną instytucją.
- To ja jestem subtelnym taoistą. Wszyscy ciągle powtarzają, że koty to indywidualiści. Czyli koty są taoistami, a psy – konfucjanistami – powiedziałem obcierając się o dłoń pani.
- I tak, i nie. Taoizmu nie można mylić z zachodnim indywidualizmem opartym na posiadaniu wolnej woli, która przejawia się jako swoboda człowieka społecznie świadomego. Wolność taoistyczna to wolność przed społeczna, nawet aspołeczna. – Filozofka zamyśliła się. – Nie lubię tego głupiego pojęcia wolnej woli, której przypisuje się boskie pochodzenie – dodała zirytowana. – Taoizm jest sceptyczny. Taoista nigdy nie ma pewności. Jest artystą i nie potrzebuje żadnej wiary. Motywacja dla grup interesu jest mu obca. Nie skłania się do postrzegania zjawisk w kategoriach ich moralnej ważności. Jest całkowicie uwolniony od takich kategorii. Ma komfort samotnego, własnego spojrzenia na świat – na chwilę przerwała swój wywód. – Wiesz co, mój kochany? My chyba jesteśmy taoistami. Patrzymy na świat przez rzeczy, a nie na rzeczy, odzierając wiarę z jej gorliwości i pozorów. Stale kwestionujemy wartości ostateczne. Nie ufamy temu, co jest zakładane z góry.
W ludziach i na świecie jest zbyt wiele szaleństwa, aby przykrywać je ideologiami, religiami, przestarzałymi zwyczajami i tradycjami, polityką.
„A ha – pomyślałem sobie – zaraz zacznie gadać o polityce. A tego za bardzo nie rozumiem, i nie chcę zrozumieć. Po co ludzie komplikują sobie życie kłótniami i głupotami, o których tyle gadają?”
- Taoista jest naprawdę wolny – ciągnęła dalej moja kochana Filozofka. – Nic go nie ogranicza. Żyje w Teraźniejszości, jak ty mój Kocie, bierze życie takim jakim jest. Godzi się z każdym jego przejawem. Unika ciężaru Czasu i Przestrzeni.
Wzięła książkę i zaczęła czytać: Rodzaje mocy: Poznanie innych ludzi jest inteligencją,/poznanie siebie jest mądrością./Pokonanie innych wymaga siły,/pokonanie siebie wymaga wielkości./Zadowolenie jest bogactwem.//Zuchwałe parcie naprzód uniemożliwia rozwiązanie./Pozostanie na miejscu daje właściwą pozycję.//Wystarczy żyć/do śmierci.
- Uwielbiam ten fragment napisany przez Lao-tsy w jego „Tao te king”. Zachwyca mnie ta prostota.
- To jest ten facet, którego zinterpretowała Ursula K. Le Guin? – zapytałem. – Ta od latających kociaków w „Kotolotkach”?
- Tak – odpowiedziała.
- A co z tym tao Kubusia Puchatka? – byłem ciekawy o czym dalej opowie.
- Na razie nie mamy czasu, aby o tym rozmawiać. Przypominam tobie, że idziemy zaraz do weterynarza.
- Miauuu. Nie chcę! – rozdarłem się. – Jestem taoistą i chcę żyć tak, jak ja chcę, a nie chodzić po weterynarzach, chociaż te panie stamtąd są całkiem sympatyczne. – Po czym prychnąłem i grzecznie wlazłem do przygotowanego już transporterka. Okażę postawę godną taoisty: przyjmę życie takim jakim jest.
Wykorzystane lektury:
Lao-tsy: Tao te king. Napisała na nowo Ursula K. Le Guin; wyd. Sic!, Warszawa 2010.
Red. Marian Dziwisz: Taoizm; wyd. Prasowe RSW „Prasa-Książka-Ruch”, Kraków 1988.



czwartek, 5 maja 2016

Malutka Czarownica



OTFRIED PREUSSLER: MALUTKA CZAROWNICA; WYD. NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 1976.

Była sobie Malutka Czarownica, która miała tylko sto dwadzieścia siedem lat, a to, jak na czarownicę, jest naprawdę bardzo mało”.

Malutka Czarownica mieszka w zaczarowanym domku, stojącym w głębi lasu, za domkiem znajduje się (jak przy każdym porządnym domu) piec do pieczenia chleba. Mieszka z krukiem Abraksasem, który jest bardzo mądrym ptaszyskiem mającym swoje zdanie na każdy temat.

Gdy poznajemy Malutką Czarownicę, właśnie wprawia się w czarowaniu. Ma wywołać deszcz, ale zamiast tego z nieba spadły już:  białe myszki, jodłowe szyszki i maślanka. Czarownica jest rozkojarzona i wściekła: na górze Blocksberg tej nocy (tj. z 30 kwietnia na 1 maja) rozpocznie się Noc Walpurgi (coroczny sabat, na który zlatują się czarownice z całych Niemiec), na którą ze względu na swój wiek, Malutka Czarownica nie dostała zaproszenia.

Jak każda młoda osoba, Malutka Czarownica nie ma zamiaru siedzieć w domu tej nocy i mimo ostrzeżeń Abraksasa wybiera się na Blocksberg. Zostaje przyłapana na złamaniu zakazu przez stare czarownice. Zostaje jej wymierzona kara: spalono jej miotłę i do domu musi wracać pieszo oraz zobowiązano do tego, że przez rok ma stać się naprawdę dobrą czarownicą. Co to znaczy? Malutka Czarownica musi posiąść wyższe zdolności magiczne w czynieniu ludziom krzywdy. Jednak Abraksas ma inne zdanie na temat tego, co to znaczy być dobrą czarownicą: „Bo obiecałaś Najważniejszej, że zostaniesz d o b r ą  czarownicą. A dobre czarownice nie mogą robić nic złego. Wbij to sobie do głowy!”

W ten sposób rozpoczyna się roczna przygoda Malutkiej Czarownicy w stawaniu się dobą czarownicą. W nagrodę za kolejny rok będzie mogła wziąć udział w Nocy Walpurgi, mimo swoich niewielu stu dwudziestu siedmiu lat. Towarzyszymy czarownicy w tych zmaganiach: w pomaganiu zbieraczkom chrustu zapełnić kosze, a , dziewczynce handlującej papierowymi kwiatami w  zarobieniu pieniędzy dla rodziny, w ratowaniu  konia przed jego groźnym właścicielem itp. itd.
Jak można się domyślić wszystkie te działania Malutkiej Czarownice nie podobają się jej opiekunce, ciotce Rrum-Brum-Trrach.  Mija rok zmagań, Malutka Czarownica leci na Blocksberg i świetnie bawi się w tę Noc Walpurgi: „Aż do świtu tańczyła Malutka Czarownica z krukiem Abraksasem wokół płonącego ogniska. Była jedyną czarownicą na świecie, która umiała czarować. Jeszcze wczoraj wyśmiewały ją wszystkie duże czarownice, teraz została tylko ona”. 

Co się wydarzyło tamtej nocy? Zachęcam do lektury. Książkę „Malutka Czarownica” (w znakomitym przekładzie Hanny i Andrzeja Ożogowskich) czyta się z ogromną przyjemnością. Tę niedużą książeczkę przeczytałam w ciągu czterdziestoletniego swojego życia chyba kilkadziesiąt razy. Dla samej siebie, głośno i cicho. „Malutka Czarownica”, obok serii o Muminkach i Latającym Detektywie, stała się moją nauczycielką czytania i dała początek mojej miłości do książek.
Lektura jest mądra i zabawna. Niesie dużo radości z czytania i ze słuchania jej. W szkole podstawowej „Malutką Czarownicę” czytałam tylko ja, nikt spośród moich znajomych, nie znał tej książki (mam pierwsze wydanie z 1976 roku, O. Preussler książkę napisał w 1957 roku). „Malutka Czarownica” wydawana jest do dzisiaj, a skoro tak jest, to oznacza że nadal cieszy się sporą popularnością. I była czytana również przez inne osoby.

Jest to dobra lektura do rozmów z dziećmi: o karach i nagrodach, o dobru i złu, o słusznym  i niesłusznym postępowaniu, o czarownicach i czarach oraz zabobonach, o byciu sobą, o posłuszeństwie i nieposłuszeństwie i o wielu innych rzeczach. Lektura dla dzieci w wieku od lat trzech. Klasyka, którą polecam.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Czytam! Bo jestem!



Czy Einstein wierzył w Boga, jak chcą tego teiści? Czy można być naukowcem i wierzyć w siły nadnaturalne? Kim są teiści, deiści, ateiści i agnostycy? Kim jest Richard Dawkins?

Richard Dawkins (ur. 26 marca 1941 r.) to brytyjskie zoolog, etolog, ewolucjonista i publicysta. Autor wielu książek, w których opisuje piękno realnego świata.

Jest znanym antyteistą, krytykiem religii, kreacjonizmu, zjawisk nadnaturalnych i medycyny alternatywnej. Od lat znajduje się na listach najwybitniejszych intelektualistów i wpływowych osób na świecie.
W książce „Bóg urojony” (wyd. CiS, Warszawa 2008) Dawkins rozprawia się z hipotezą Boga, z dowodami na jego istnienie (uważa, że to osoby wierzące powinny przedstawiać dowody potwierdzane metodami naukowymi na byt nadprzyrodzony, a nie ateiści mają dowodzić, iż Bóg nie istnieje). Opisuje korzenie religii, ale także korzenie moralności człowieka. Odpowiada na wiele pytań, które sobie może zadawać człowiek pozbawiony wiary, ale także człowiek wierzący, a jednak krytycznie nastawiony do swojej religii lub wyznania.

Czy naukowiec może wierzyć w prawdy objawione? Nie. R. Dawkins jasno uzasadnia, że naukowiec, zwłaszcza nauk przyrodniczych, nie wierzy w prawdy objawione i byty nadprzyrodzone, nie ma takich naukowców. Dawkins przywołuje wiele przykładów na to, że znajomość  fizyki, biologii, chemii czy ewolucji prowadzi raczej do braku wiary niż do niej. Sam autor „Boga urojonego” uważa, że do antyteizmu doprowadził go ewolucjonizm, którym zajmuje się od wielu wielu lat.

R. Dawikns pisze z humorem, powołuje się na wiele wypowiedzi innych ludzi, obficie cytuje i naukowców, i osoby religijne. Logicznie obala dowody istnienia Boga. Broni dzieci przed indoktrynacją religijną dorosłych (sam jej podlegał). Odnosi wiarę w Boga i jej brak do problemów etycznych, seksualnych i edukacyjnych. Odważna książka.

Lektura obowiązkowa dla każdego ateisty, agnostyka czy antyteisty (różnice między poszczególnymi pojęciami  Richard Dawkins  omawia w dwóch pierwszych rozdziałach).

„Czy nie starczy, że ogród jest piękny?  Czy muszą w nim jeszcze mieszkać wróżki?”

Kolejna książka R. Dawkinsa, którą chcę polecić, to książka która udowadnia powyższy cytat: Rozplatanie tęczy. Nauka, złudzenia i apetyt na cuda (wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010). Piękna książka, która odpowiada na pytanie: czy zagorzały ateista, może kochać cuda? Oczywiście, że tak!

Tytułowa tęcza, to zjawisko piękna, które możemy obserwować w szczególnych momentach na niebie. Patrząc na tęczę możemy przypisywać jej boskie pochodzenie, albo wzruszać się mimo tego, że zna się wszystkie zjawiska fizyczne odpowiadające za jej powstanie. Dzieci w szkole podstawowej uczą się „dynamiki” tęczy. Czy wiedza może nas otwierać na wzruszenia i emocje? Czy fakt, iż wiemy, że świat nie został stworzony przez istotę lub istoty nadnaturalne, nie pozwala na zachwyt nad cudownością świata? „Rozplatanie tęczy” jest książką, która zachęca do podziwiania życia w całej swej dostojności i teraźniejszości.

„Nigdy jeszcze/Wiośniane blaski tęczy nie zdały mi się równie piękne,/Jak wtedy, gdy ręka nauki odsłoniła przede mną sposób,/W jaki słońce, świecąc od zachodu,/Rozjarza rosiste chmury, których ciemny woal/Bierze w siebie owo światło i każda wypukła kropla/Krzywiznami swymi rozszczepia blask na siedem barw,/Rozprasza go i znowu skupia, malując obraz/Dla naszych zachwyconych oczu. I jest to muzyka kolorów,/Harmonijna wśród sporu nisko brzmiącej czerwieni,/Wysokiego błękitu, dopełniających się fioletów i żółcieni,/Bladej szlachetnej róży i poważnych tonów ziemi”. M. Akenside, Rozkosze wyobraźni (1744) – strawestował M. Cisło.

Ostatnią pozycją napisaną przez Richarda Dawkinsa, którą trzeba przeczytać jest „Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji” (wyd. CiS, Stare Groszki 2010).

Ewolucja jest faktem. Nie da się temu zaprzeczyć, chociaż kreacjoniści robią to w sposób niemal doskonały. Niektórzy próbują zaprzeczyć ewolucji w sposób „logiczny”: Darwin stworzył teorię ewolucji, a teoria to nie fakt. Niestety kreacjoniści mogą się rozczarować w momencie, gdy zobaczą liczne dowody na ewolucję: skamieniałości, organy szczątkowe czy zarodki różnych organizmów, które na pewnym etapie rozwoju są nie do rozpoznania (zarodek ptaka wygląda tak samo jak zarodek człowieka, a zarodek świni jak zarodek i ptaka, i człowieka). Jest ich zbyt wiele, aby wypierać je ze świadomości, aczkolwiek są osoby, które istnienie tych dowodów łączą  „naukowo” z boską mocą.
„Najpiękniejsze widowisko świata” jest podróżą po tajemnicach i podstawach ewolucji. Sami jesteśmy jej tworami, czy nam się to podoba czy nie. Nie ma co obrażać się na świat wpychając go w ludzkie wyobrażenia. Rzeczywistość może być i jest piękniejsza od wyobraźni. Czy pochodzimy od małpy? Nie, ale jesteśmy z nią powiązani niezliczonymi genami, wspólnymi przodkami, podobnie jak z rekinem (od którego człowiek ma czkawkę!), żonkilem i bakteriami.

Czytajmy Richarda Dawkinsa, słuchajmy jego głosu, nie obrażajmy się, jeśli z czymś się nie zgadzamy. Czerpmy z jego spostrzeżeń, i zachwycajmy się Wszechświatem, ciągle „ograbianym” (dla mnie każdego dnia wzbogacanym) przez naukowców z jego cudów. R. Dawkins we wszystkich trzech książkach przekonuje nas, że wiedza naukowa może nas prowadzić w absolutnie „magiczny” świat. I ja się z tym zgadzam, o czym wybitnie przekonałam się podczas zeszłorocznych wakacji.